We wstępie do swojego zbioru wierszy pisanych pomiędzy rokiem 1953 aż po 1999 Zdzisław Zygma zastrzega się, że jesz to jego pierwsza i ostatnia książka poetycka.
Szkoda, bo poezja Zdzisława Zygmy - dodajmy - prawie w całości liryczna, gdyby systematycznie pojawiała się na łamach czasopism, wydawana była w kolejnych zbiorach wierszy, z całą pewnością zyskałaby dużą liczbę czytelników oraz przychylność krytyki literackiej.
Kultura literacka autora "Kapryśnej biografii" jest bowiem dużej miary.
Zygma doskonale wie, jak oczarować nas nastrojem, jak z nostalgicznej zadumy przejść w delikatny żart, w autoironię.
A w życiu, jak w życiu, są zachwyty i zwątpienia, zauroczenia i rozczarowania. Bunt często styka się niespodziewanie z rezygnacją, ze zgodą na miałkość przemijającego życia. Zygma nie złorzeczy owej miałkości, nieuchronnemu przemijaniu rzeczy, ludzi i uczuć.
W wierszach Zdzisława Zygmy można odnaleźć dalekie echa jego literackich fascynacji. Czuje się, że poeta był kiedyś zauroczony poezją polskich autentystów, że był pilnym czytelnikiem wierszy Przybosia. Jednakże są to tylko odgłosy. U jakiegoż poety takich odgłosów nie znajdziemy? W gruncie rzeczy Zdzisław Zygma oddaje do rąk czytelników zbiór wierszy niebywale wypracowanych, wysmakowanych utworów poetyckich wysokich lotów.
Ujawnił swój talent, swoje możliwości literackie w dziedzinie poezji lirycznej w całej rozciągłości.
Jako długoletni dobry znajomy Zdzisława Zygmy, który nie jeden raz namawiał go, aby publikował więcej, dumny jestem, że mogę prezentować i polecać jego poezję czytelnikom. Z drugiej strony mam żal do poety, że tak późno zdecydował się na ten poważny literacki krok - wydania swoich utworów. Namawiałbym go, aby nie zarzekał się uroczyście, że będzie to jego ostatnia książka. Kto wie, czy po jej wydaniu, poeta dzień po dniu nie zacznie pochylać się nad kartką papieru i nadrabiać stracony czas twórcy wyczekującego odwiedzin swej muzy. Tego mu właśnie życzę, a jego wiersze odkładam na półkę moich ulubionych poetów.



Andrzej Warzecha